wtorek, 16 maja 2023

Crop factor - zamieszanie.

 Zupełnie nie rozumiem dlaczego wyjaśniający co to jest, zamiast wyjaśnić zaciemniają sprawę i jest wiele osób nierozumiejących o co w tym chodzi. Obejrzałem kilka filmików na ten temat, ale w żadnym z nich nie znalazłem interesujących mnie informacji. Ale w jednym z tych filmów padła wypowiedź o nonsensie w zastanawianiu się nad tym podczas fotografowania. To samo powiedziałem kiedyś swojemu znajomemu nierozumiejącemu teoretykowi.

Jednak nierozumiejący teoretyk wyskoczył z teorią o oszustwie; według niego oszustwem jest to, że przy nagrywaniu filmu aparatem, nie wykorzystuje się całej powierzchni matrycy. Nie dociera do niego fakt, że w tym samym aparacie, rozdzielczość kadru filmowego jest znacznie mniejsza od rozdzielczości zdjęcia. Zatem nie ma potrzeby wykorzystywania całej powierzchni matrycy. Nie dociera do niego i to, że są dane techniczne zawierające informacje o parametrach nagrywanych filmów. 

W jednym z filmików przypomniano mi o tym, że podczas nagrywania filmików kąt widzenia obiektywu się zmniejsza. W wyniku zmniejszenia się kąta widzenia obiektywu, mniejsza jest też ilość światła, które dociera do matrycy i mniejszy jest obszar widziany w kadrze. To, o czym teraz napisałem, sprawdziłem używając do tego celu aparatów Sony DSC - HX350 i Canon M50 mark II. W obydwu po przełączeniu na filmowanie zmniejszył się widziany obszar na ich ekranikach.

Oba wspomniane aparaty różnią się wielkością matrycy, a pomimo tej różnicy, podczas filmowania kąt widzenia w obydwu aparatach jest mniejszy, co wskazuje na inną przyczynę zjawiska, niż wielkość matrycy. W obydwu aparatach podczas filmowania zmniejsza się kąt widzenia i pewnie o tym kiedyś mój znajomy teoretyk nierozumiejący czytał, albo słyszał. Ale rzępolenie mantry o wielkości matrycy, staje się narzędziem ogłupiania podpartym przelicznikami odnoszącymi się do pełnej klatki. On pewnie też tego nie zrozumiał. Cdn.     

piątek, 5 maja 2023

Teoretyk, ekspert nierozumiejący.

Podaje się za znawcę w różnych dziedzinach, takich jak religia, polityka, fotografia, elektronika. Pewnie podobnie będzie się zachowywał w niewymienionych tutaj dziedzinach. Zaczniemy od elektroniki. Tak sobie przypomniałem o zabawce - o sterowanym drogą radiową samochodziku na baterie. Chciał zabawkę naprawić i sprzedać. Przypuszczam, że chciał się popisać przede mną i dlatego poprosił mnie o pomoc. Bo chwalił się znajomością elektroniki.
 
Mnie nie chciało się tym zajmować, ale poszedłem z ciekawości, aby zobaczyć, jak sobie będzie radził z naprawianiem. Powiedział, że ma schemat tej zabawki, więc jest jakiś punkt zaczepienia. Autko jeździło pomimo braku poleceń z pilota, który był pozbawiony baterii i nie mógł ich emitować. Poprosiłem, żeby mi pokazał ten schemat i podpowiedziałem mu, aby odłączył zasilanie od części odbierającej polecenia z pilota i pozostawienie pod zasilaniem wyłącznie elementów wykonujących otrzymanie polecenia.

I elektronik zamilkł! Nie wiedział jak tego dokonać. Powiedziałem mu, że trzeba wylutować po jednym końcu dwóch rezystorów doprowadzających napięcie do odbiornika. O kropki! Elektronik nie potrafił ich wskazać na schemacie, choć rzekomo umie je czytać! Więc pokazałem mu je i wtedy okazało się, że miał schemat, ale od innej zabawki, bo w zabawce w ogóle nie było rezystorów o takich numerach. Ponieważ bełkotał o strojeniu obwodów, zostawiłem go z zepsutą zabawką i poszedłem do domu.
 
Być może sam rozstroił pilota, albo odbiornik w autku, a może jedno i drugie, bez sprawdzenia czy jakieś elementy nie są uszkodzone, czym jeszcze utrudnił sobie naprawienie zabawki. A mnie zdecydowanie nie odpowiadało słuchać bzdurnych przechwałek i tracić czasu na zbędne dyskusje. Poszedłem do domu. On doszedł do wniosku, że wystarczy odpiąć antenę od samochodzika, co oczywiście pomogło, jak kadzidło zmarłemu.