Byłem na wielu pogrzebach. Pamiętam jeszcze takie, kiedy zmarli byli w domu przez dwa dni po śmierci. Leżeli na katafalku, a wokół paliły się gromnice i ludzie odwiedzali dom zmarłej osoby, aby pomodlić się z innymi za duszę zmarłego. Przed rozpoczęciem ceremonii pogrzebowej przyjeżdżał fotograf i robił pamiątkowe zdjęcia krewnym, przy jeszcze otwartej trumnie.
Następnie pojawiał się ksiądz. Towarzyszył mu organista. Po modlitwie trumnę zamykano i wynoszono z domu. Ktoś szedł z krzyżem wiodąc do kościoła orszak żałobny, czterech panów niosło trumnę ze zmarłym na ramionach. Jeśli trzeba było nieść daleko, co jakiś czas, zmieniali się niosący. Czasem wieziono zmarłego furmanką. Dzwoniły dzwony.
Trumnę ze zmarłym wnoszono do kościoła i dopiero po mszy, niesiono na cmentarz. Na cmentarzu po modlitwach, opuszczano trumnę na dół do grobu. Ludzie wrzucali po grudce ziemi, a potem, grabarz zasypywał grób. Na grobie układano wieńce i wiązanki kwiatów. Dziś wygląda już to zupełnie inaczej.
Zmarłego wynoszą z kaplicy szpitalnej, lub cmentarnej i ciało zostaje w grobie złożone przed odprawieniem mszy. Dzisiaj żegnałem zmarłego sąsiada. Kiedy patrzyłem na wzajemne przytulanie się i poklepywanie po plecach, przypomniał mi się pogrzeb mojego kolegi, na którym jego siostrę przytulano i obcałowywano.
Bywałem na wielu pogrzebach, ale tylko na tych dwóch zauważyłem to przytulanie z poklepywaniem. Zastanawiam się kiedy ten zwyczaj się u nas pojawił, skąd przyszedł. Czy jest bardzo rozpowszechniony, czy nie. Co wyraża ten zwyczaj, jeśli nie bezsilność człowieka wobec śmierci? Co możemy jej przeciwstawić, choć chcemy się jej sprzeciwić, bo coś chcielibyśmy cofnąć, i do czegoś nie dopuścić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz